My, dzieci z Dworca Leningradzkiego

Dla nastoletniej Christiane F., młodej narkomanki z Berlina Zachodniego, której biografię spisano w książce My, dzieci z Dworca ZOO, narkotyki stały się świadomą ucieczką od rzeczywistości, a dworzec zmienił w źródło utrzymania. Dla małych Rosjan, bohaterów filmu dokumentalnego polskiej produkcji pt. Dzieci z Leningradzkiego, moskiewskie metro spełnia doskonale obie funkcje, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do Christiane, życie nie pozostawiło im wielkiego wyboru.

„Lepiej na wolności, niż siedzieć w klatce” – mówi jeden z bezdomnych chłopców. Miasto staje się rajem utraconym dla bitych, gwałconych, niechcianych i oddawanych w obce ręce rosyjskich dzieci. Podczas kiedy w domu rodzice piją samogon, w rozjarzonej tysiącami neonów Moskwie można spokojnie napić się coca-coli, zjeść snickersa, pospacerować… Jednym słowem stworzyć sobie swoje dzieciństwo. Jednak od upadku nie chroni błędnie rozumiana wolność, to dopiero początek końca, wejście w świat, od którego nie ma ratunku. Tam gdzie zaczyna się seks za pieniądze i wąchanie kleju, tam dziecko przestaje być dzieckiem i wkracza w rejony dotychczas dla niego niedostępne. Bezpowrotnie traci niewinność.

Hanna Polak i Andrzej Celiński okiem kamery rejestrują kilka chwil z życia mieszkańców Dworca Leningradzkiego. Wprowadzają widza w tajniki dziecięcej prostytucji, narkomanii, maltretowania psychicznego i fizycznego. Twórcy przerażającego dokumentu dokładnie zadbali o oddanie charakteru świata, w jakim przyszło żyć małym ofiarom postsowieckiej Rosji. Film odsłania prawdę o państwie bezprawia, gdzie pod względem poszanowanie godności ludzkiej nic nie zmieniło się od kilkudziesięciu lat. Bezdomne dziecko traktowane jest na równi z bezdomnym dorosłym – jako niewygodny świadek społecznego rozkładu, element, który nie współgra z utopijnymi założeniami idealnego państwa.

Mimo warunków, w jakich wychowują się te brudne, głodne i odrzucone dzieci, widz może zaobserwować, że jednocześnie w niewiarygodny sposób dbają o siebie nawzajem, okazują sobie uczucia, wspierają się. Tęsknią za bliskimi i marzą o swoim miejscu na ziemi, gdzie nie będą bite, poniewierane i zmuszane do niemoralnych czynów. Film jasno odpowiada na pytanie o przyczyny takiego stanu rzeczy. Nastolatek narażony nieustannie na szykanowania ze strony rówieśników, bity przez milicję i zmuszany każdego dnia do walki o przeżycie, traci poczucie bezpieczeństwa, wiarę w lepsze jutro i przestaje odróżniać dobro od zła. „Nie wierzę już w nic, sprawiedliwość chyba nie istnieje” – mówi jedna z dziewcząt. Narkotyki i alkohol dają ułudę rzeczywistości, pomagają zapomnieć o wszystkim wokół. Są jedynym sposobem ucieczki, a drugim zaraz po śmierci.

Można posądzać film o zbytni sentymentalizm, a autorów o przesadne rozczulanie się nad losem bezdomnych dzieci, które zamiast szukać pomocy w kręgach życzliwych ludzi, narkotyzują się i prostytuują. Sądzę jednak, że nie należy oczekiwać od podatnego na wpływy innych trzynastolatka dojrzałych i odpowiedzialnych decyzji. Dziecko z natury nie jest złe. Nieprawidłowo może kształtować się pod wpływem środowiska, w którym przyszło mu żyć i wówczas intuicyjnie buntuje się przeciwko zastanemu porządkowi rzeczy. Skoro autorytetem przestają być opiekunowie, staje się nim dworzec. „To wina rodziców, bo piją. […] Kiedy oni się upijają, zapominają o wszystkim na świecie, o dzieciach i o wszystkim” – pada z ust przyjaciela zmarłej Taniuszki. „[Dziewczyny] zostawiają swoje dzieci. A dzieci stają się dokładnie takie same, jakie one były w dzieciństwie” – mówi inny. Twórcy filmu sugerują, że kolejnym krokiem do ucywilizowania Rosji powinna być zmiana postępowania i mentalności jej obywateli, którzy w większości przypadków złem płacą za zło. Skoro jednak „Bóg wierzy
w ludzi. On wszystkim pomaga i wszystkich kocha. […] A najbardziej kocha dzieci…” – czy można mieć nadzieję na poprawę sytuacji?

Metro odjechało. Jak będzie wyglądała następna stacja?