Za plastelinowym murem – recenzja filmu „Esterhazy”

Te 150 kg plasteliny, jak przedstawiła Esterhazego autorka Izabela Plucińska, zdobywczyni Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie w 2005 roku i twórczyni zrealizowanej tą samą techniką czołówki Warszawskiego Festiwalu Filmowego, jest bez wątpienia miłym zaskoczeniem dla współczesnej widowni podświadomie obligowanej do oglądanie kolejnych kasowych zapychaczy ekranu.

Film, według scenariusza Anny Jadowskiej i Izabeli Plucińskiej, jest adaptacją słynnej, niemieckiej książki dla dzieci, autorstwa Irene Dische i Hansa Magnusa Enzensbergera, o tym samym tytule. Już od pierwszego kadru wprowadza nas w charakterystyczny dla prozy dziecięcej świat pełen fantazji i uroku, wzbogacony o niepowtarzalny efekt, jaki daje animacja plastelinowa. Ta sama, która stała się tworzywem w barwnym świecie Wallace’a i Gromita, Uciekających kurczaków czy rodzimych Plastelinek łódzkiego Studia Małych Form Filmowych. W tym przypadku jednak nie mamy do czynienia z powszechnie przyjętym i zaakceptowanym kinem familijnym, nastawionym w dużej mierze na młodego odbiorcę, ale ze sztuką, dla której forma jest środkiem do przekazania odważnych treści graniczących momentami z kontrowersją.

Ze stacji Wien–Berlin, na której poznajemy rozkosznego białego króliczka, wysłanego z trudną i odpowiedzialną misją odnalezienia „wielkiej” żony – zarówno ucieleśnienia marzeń, jak i przepustki do pełnego marchewek, króliczego raju za murem berlińskim, Plucińska nieoczekiwanie przenosi nas w ponurą rzeczywistość zniewolonego miasta. Nie da się nie zauważyć, że bohater w swoim uroczym, czerwonym szaliczku, zdecydowanie odstaje od ówczesnych ulicznych realiów – ciemnych zaułków zapuszczonego berlińskiego dworca, wraz z jego mieszkańcami i gośćmi – punkami i prostytutkami, które trafnie oddają klimat Berlina końca lat 80, efektownie podkreślony przez niemiecką muzykę rockową.

Film posiada urozmaicony scenariusz, co jednak nie zmienia faktu, że nie zaskakuje przewrotnością fabuły. Jak na bajkę przystało konsekwentnie zmierza do szczęśliwego finału. Mamy tu wątek miłosny w berlińskim sklepie zoologicznym, motyw demonicznej serialowej „Elmirki” i ucieczkę z domu niewoli, pracę w roli króliczka wielkanocnego, ciepłą i wspaniałomyślną berlińską rodzinę, jednym słowem – plastelinowy miszmasz. Pojawiający się w finale upragniony króliczy raj, do którego mogą również aspirować dosyć naciągane sceny końcowe obrazujące rodzinną beztroskę, w euforii i wrzawie tłumów zostaje zburzony razem z murem berlińskim. Aluzyjność i sugestywność słów: „To już koniec naszego raju. Wszystko się zmieni!” wytrąca widza z króliczego błogostanu i przypomina, o czym tak naprawdę traktuje Esterhazy.

Film oparty na faktach (pilnie strzeżona przestrzeń odgradzająca dwa odrębne światy – Berlin Zachodni i Wschodni – była rzeczywiście zamieszkiwana przez króliki do 1989 roku) w nietypowy sposób oddaje realia, a jego oryginalność uwydatnia skontrastowanie takiego tła historycznego z zabawną, baśniową wręcz opowieścią o króliczku, która nie tylko łączy pozornie sprzeczne tematycznie obrazy, ale przede wszystkim stanowi metaforę wolności i w atrakcyjny sposób przypomina o czasach przełomu. Głosy całej plejady gwiazd: Wiktora Zborowskiego, Macieja Stuhra, Marii Peszek, Borysa Szyca, Roberta Więckiewicza i Zbigniewa Zamachowskiego, ubogacają warstwę dźwiękową filmu.

Esterhazy, który powstał, aby uczcić 20 rocznicę upadku muru berlińskiego, mimo wielu swoich walorów w pewnych momentach sprawia wrażenie „przesłodzonego”. Budzący wzruszenie główny bohater ma niewiele więcej do zaoferowania poza wdziękiem i urokiem. Ponadto fabuła wydaje się nie mieścić w granicach krótkiego metrażu. Pokazuje on jednak bez wątpienia, że współczesną polską animację nadal stać na zrealizowanie nowatorskiego filmu nie tylko w cyfrowej technice 3D. Jest dobrym dowodem na to, że film animowany w oparciu o kontrowersyjnym kontekst, prowokując widza, może jednocześnie bawić go, uczyć, zmuszać do refleksji. Sądzę, że nie uchybię panu Parkowi, stawiając film Plucińskiej obok wielkich produkcji studia Aardman Animations. Niezwykłym jest fakt, że niejeden efektownie zrealizowany animowany film pełnometrażowy nie zgromadził jednorazowo takich rzeszy kinomanów, jak zdołało przyciągnąć te pracochłonne, skromne 25 minut.